O mleku sojowym

Chyba zostałam sprowokowana. Jakiś czas temu ktoś opublikował na fb artykuł na temat mleka sojowego. Była to mieszanka prawdziwych informacji, straszenia i naciągania. Oczywiście, mleko sojowe było złe i szkodliwe, i picie tego to skazywanie się na straszną smierć. 

Chciałam napisać artykuł na ten temat, ale jest już tyle publikacji na ten temat, że mi się odechciało. Mnóstwo osób zrobiło to za mnie dużo wcześniej! Choćby ta:

http://bonavita.pl/mleko-sojowe-wady-i-zalety-tradycyjnego-napoju-chinskiego

Mleko sojowe zdecydowanie ma wady. I oczywiście ma zalety. I tylko kwestią indywidualnego wyboru jest to, czy będziemy go używać. Ja zdecydowanie nie używam nabiału u mleka krowiego. Napisano już setki o tym jak pozbawia nas  ono aktywnej witaminy D3, jest pełne hormonów, antybiotyków i ropy. Tak. Krowy często mają zapalenia wymion, wtedy podaje im sie antybiotyki, ale nie wyłącza z produkcji mleka. Po prostu ustalono „bezpieczny” udział ropy w czystym mleku. Zresztą, przecież i tak potem jest to pasteryzowane, więc wszystko jest martwe i nieaktywne. 

Tak soja jest modyfikowana genetycznie. I żyto, rzepak, pszenica, orkisz, owies i większość używanych roślin. Od wieków krzyżujemy rośliny, celowo hodujemy pod kątem pożadanych cech. To prawda, że z nastaniem nowych technologii przesunęły się granice możliwości, jednak większość używanych przez nas roślin to nie są formy pierwotne. Po prostu nie wszystko sie nagłaśnia. 

Fitohormony – straszliwe substancje roślinne imitujące działanie żeńskich hormonów.  Są w dużych ilościach w ziarnach soji, a także w chmielu. Jednak publikacji na temat zagrożenia męskiej równowagi hormonalnej przez używanie piwa jest bardzo mało. I nikt nimi na fb się nie przerzuca, a fitohormony w piwie są tak samo niebezpieczne jak te w soji. 

I tak na koniec, powodów do używania tzw. mlek roślinnych może być bardzo wiele, a jednym z nich – troska o środowisko. Produkcja mleka krowiego i mięsa to ogromne zużycie tlenu, wody paszy i koszmarne ilości toksycznych odpadów.  Żadna wieś nie chce w swoim pobliżu fermy kurzej, krowiej, świńskiej. Utylizacja odpadów jest bardzo kosztowna. I bardzo cuchnie. 

Zanim coś wybierzemy warto pomyśleć, zanim pomyślimy warto się dowiedzieć. A potem nie oceniać czyjegoś wyboru. To trudne ale możliwe i wszystkim łatwiej się żyje. 

Reklamy

Spokój południa 

Północ ma zimne morze, wiatr i długą, wymagającą zimę. To determinuje wszystko, porządkuje życie. Ludami północy rządzi  konieczność zebrania opału, uszczelnienia okien, zrobienia zapasów. Jesteśmy w wiecznym niedoczasie, ciągle czekamy na wiosnę, i płaczemy za krótkim latem. 

Nie wiem co ma południe, bo nie mieszkałam tam dostatecznie długo, ale tam gdzie byłam panował spokój. Ludzie sie nie spieszą, nie uciekają przed kataklizmem zimy. Bułgarzy, Włosi, Afrykanie zawsze mają czas. Nawet na Zakarpaciu, nikt sie nie spieszy. Zakarpacie od reszty Ukrainy oddzielają Karpaty i ciepłe masy powietrza zostają w tym regionie. „Czemu tu wszystkie domy są takie same? I przed każdym rośnie winorośl?” Rzeczywiście są bardzo podobne do siebie: czterospadziste dachy, kryte starą dachówką i przed każdym wejściem duża altana z winoroślą… Nie wiem czemu są takie podobne, moze dlatego, że ten kształt jest po prostu ładny? Miejscowi sie nie spieszą, kiedyś zestresowani pędziliśmy do konsulatu węgierskiego, spotkanie było wyznaczone na 8.00. Pod budynkiem ktoś nas uspokoił: nie martwcie sie, oni dopiero za rogiem kawę piją, bez tego nie otworzą…

Bułgarzy też sie nie spieszą. Chodzą w tych upałach jak muchy smole i pytają czemu jesteśmy tacy nerwowi. Za chwilę, za moment, usiądź poczekaj, nie myśl o niczym. Znajomy opowiadał, jak przyjechał do Słonecznego Brzegu, świętować Nowy Rok. „Słuchaj, ja jestem z Syberii jestem a czegoś takiego nie widziałem! Meteo podało, że spadnie śnieg, wszyscy w te pędy do sklepu, zrobili zapasy jak na wojnę. Myślałem panika niepotrzebna. A tu jak zaczęło padać, to półtorametrowe zaspy nawiało. Oni sprzętu zimowego nie mają, ale sie nie przejęli. Zamknęli WSZYSTKO na tydzień i przeczekali. Oni z przyrodą nie walczą”.

Tak więc siedzę w tym upale, i staram sie nie walczyć. O piątej rano zjawił się chłód- było tylko 30 stopni. Z wody i do wody. Tylko tyle można zrobić, a i jeszcze można zarządzić sjestę.  

Kawa na Zakarpaciu. 

Jesteśmy na Zakarpaciu, na Ukrainie. To region, który zawsze mnie zadziwia swoim kolorytem i spokojem. Mieszkamy u siostry męża w Użgorodzie. Zostaniemy tu trzy dni. 
Użgorod to wojewódzkie miasto, uniwersyteckie, pełne ciepłych i nie spieszących sie ludzi. Mieszkamy na „Radwance” dzielnicy cygańskiej, gdzie pośród bloków Cyganie jeżdżą konnymi wozami. Rozmawiają po romsku i węgiersku, głośno się śmieją i nawołują. I zawsze mnie zadziwia, że wszędzie jest dostępna pyszna kawa. Pod blokiem, gdzie mieszkamy jest sklep, warzywniak, typu szuwaks, mydło i powidło. I oczywiście można kupić kawę. Pyszne, mocne, gęste espresso. Tutaj jesli poprosisz o kawę właśnie taką dostaniesz. To opcja domyślne, inne wersje trzeba zaznaczyć w zamówieniu 😉

Kawa jest wszędzie i zawsze jest na nią czas. Na zdjęciu moja córka na bazarze, w tym zaułku poczuła sie niepewnie. Oprócz wszystkiego, co zawsze na bazarach jest, mieli kawę. 😉

O jedzeniu i niejedzeniu, czyli II zasada termodynamiki 

Prawa fizyki są nieubłagane, niemiłosierne i nie mają względu na osoby. Zgodnie z drugą zasadą termodynamiki – przytyłam. 

Miara nieuporządkowania izolowanego układu zawsze wzrasta, albo trzeba wykonać pracę by wprowadzić porządek. Wiem, wszyscy fizycy już łapią sie za głowę, nad moim rozumieniem termodynamiki. 

Niemniej jednak powyższe skłania mnie do wniosku:  muszę wykonać pewną pracę by uporządkować układ jakim jestem. 

Wymyśliłam sobie dietę: wyrzucam słodycze i gluten. Na trzy miesiące. Słodycze mam nadzieje na dłużej.  Nabiału i tak juz nie jem. 

Czemu tak? Jestem osobą której dotyczy: „marsz alergiczny”. Chciałabym go zatrzymać. I bez wyrzucenia glutenu się nie da. A spadek wagi pewnie i tak przyjdzie po wyrzuceniu chlebka, chlebusia, makaronu i kasz. 

Więc jeżeli znasz mnie osobiście pls nie częstuj mnie, nie namawiaj i nie odwodź od postanowienia. Nie wiem czemu, ale mamy takie tendencje: oj tam! tylko ten jeden raz! To strasznie utrudnia wytrwanie w wybranym kierunku. 

Napisałam to wszystko, żeby zamknąć sobie drogę powrotu. Żebym nie miała możliwości cichej kapitulacji. Życzcie mi powodzenia…

Oświęcim 

To była moja kolejna wizyta w muzeum zagłady w Oświęcimiu. Tak sie składa, że nasi zagraniczni przyjaciele chcą to miejsce odwiedzać, wiec bywamy tam. Do tego nie można sie przyzwyczaić. Nie będę opisywać poszczególnych etapów, ani ekspozycji bo to juz jest swietnie opisane. 

Była z nami nasza córka, w pewnym momencie przytłoczona ogromem zła, głęboko poruszona zadała pytanie: „Co oni sobie myśleli?!”

Większość zbrodni bierze sie z myśli. Wszystko najpierw jest w czyjejś głowie. Rozwija sie z malutkich symptomów, powoli przesuwanej granicy i obojętności otoczenia. Reakcja najczęściej przychodzi za późno. 

A co gdybyśmy przeciwstawiali sie zawsze? Nawet wtedy, kiedy zło nie wydaje się takie oczywiste? Moze świat byłby lepszym miejscem?

Tej zimy, po zmroku byłam świadkiem dwóch scen: szarpaniny, czy gwałtownej kłótni kobiety i mężczyzny. Za każdym razem podeszłam i oferowałam pomoc. Mimo, że sie bałam. Ci mężczyźni byli agresywni, kobiety nie dziękowały, ale uciekały z tych parkingów w oświetlone zatłoczone miejsca, korzystając z tego, że chwilowo ja stałam sie obiektem pogróżek. 

Nic mi sie nie stało. Za każdym razem w samochodzie nieopodal czekał moj mąż. Nie tylko dlatego, że był kierowcą, a ja wypatrzyłam scenę. Dlatego, ze gdyby on podchodził i pytał „Czy wszystko w porzadku?”, pewnie byłoby odebrane to jako prowokacja. Widziałam takie sytuacje. 

Wizyta w Oświęcimiu przywołała tamte nocne scenki. Przecież to nie zaczęło sie od budowy fabryki zagłady. To zaczęło się od odwracania oczu, kiedy działa sie krzywda. 

Nie jestem doskonała, są sytuacje kiedy też nie widzę, kiedy widzę. Lecz coraz częściej widzę i reaguję. Pomaga mi świadomość, że pomimo pogróżek nic mi sie nie stało. Czasem przypominają mi się emocje w krzyku tych dziewczyn, to daje pewność, że zrobiłam słusznie. 

Też bym chciała, by w takiej sytuacji mnie ktoś zauważył, zauważył moją córkę, i zaraeagował.  Jedną z tych dziewczyn facet wziął pod pachy i niósł do samochodu. Scena jak z kiczowatego filmu, na parkingu pod centrum handlowym. 

Kończę, emocje się mi kotłują. Warto reagować. 

Jak gotowałam dla Amerykanów 

Tak jak dla nas interesujące są Stany, tak dla Amerykanów Europa. Zadawano nam różne pytania, o klimat, ludzi, kuchnię, kulturę. Ponieważ byliśmy na południe, to obiektem fascynacji była długa zima. Szczególnie interesowali się nią Meksykanie. 

Chociaż według mnie nasza zima jest niczym w porównaniu do tej na Alasce. Z drugiej strony to jest tak daleko od Teksasu, że to zupełnie inny świat. 

Zostałam poproszona o scharakteryzowanie polskiej kuchni i ugotowanie obiadu. I tu automatycznie wyskoczyła mi zima: kiszone ogórki, kiszona kapusta, barszcz na zakwasie z buraków, żurek… Wszystko sfermentowane na długą i dokuczliwą zimę. Dobrze, że mi się flaki po warszawsku nie przypomniały, bo te pierwsze rzeczy i tak z opisu były odstręczające.  

Po obradach postawiłam ugotować: kapuśniak, gulasz wołowy i upiec szarlotkę z bezą. O tej ostatniej nie sądziłam, że zrobię wrażenie w krainie apple pie’a, a jednak! Szarlotka na kruchym spodzie z kwaśnym jabłkami (usmażyłam te wielkie zielone jabłka bez litości) zrobiła furorę… I padło pytanie czy nie słodzimy jabłek z biedy, czy celowo dla smaku. Otóż dla smaku. Lubimy połączenie kwaśnego ze słodkim. W Ameryce wszystkie desery są po prostu baaardzo słodkie. Przynamniej  ja innych nie spotkałam…

Kapuśniak cieszył sie ogromnym powodzeniem, z ogromnego gara nic nie zostało. Gulasz też zszedł właściwie prawie cały. Docenili go entuzjastycznie goście z Kamerunu, nie wiem czemu akurat Afrykanie tak sie nim zachwycili. 

Śmieszne były zakupy żywnościowe, poprosiłam miejscowe dziewczyny o pomoc, bo gubiłam się w sklepie. Na starcie przestałam patrzeć na wagę: przeliczanie uncji i funtów w biegu, było ponad moje siły. Mięso kupiłam licząc tacki, w domu zorientowałam się, że są o 1/3 większe niż w Polsce. To uratowało sytuację, bo zamiast 9 osób było 13! Wychodzimy już ze sklepu, dziewczyny nieśmiało pytają o sałatkę, wskazując na regał ze świeżym warzywami. „Będziemy jeść pikle!” -odpowiadam- „O tej porze roku, w naszym klimacie, nie ma żadnych zielonych liści!” To przecież końcówka lutego…

Tak więc jedliśmy te amerykańskie pikle, którym daleko do prawdziwych kiszonych ogórków, ale cóż… tylko takie znalazłam.  Dodatek gałki muszkatołowej do tłuczonych ziemniaków był odkryciem, tak samo jak to że utłukłam je ręcznie, nie blenderem. Zrobiłam tak, ponieważ po blenderze się kleją, a po prasce nie. 

Ogólnie rzecz biorąc obiad sie udał, wszystkim smakowało, a goście odkryli nowe zastosowanie  gałki muszkatołowej oraz nową przyprawę: majeranek.