Jak gotowałam dla Amerykanów 

Tak jak dla nas interesujące są Stany, tak dla Amerykanów Europa. Zadawano nam różne pytania, o klimat, ludzi, kuchnię, kulturę. Ponieważ byliśmy na południe, to obiektem fascynacji była długa zima. Szczególnie interesowali się nią Meksykanie. 

Chociaż według mnie nasza zima jest niczym w porównaniu do tej na Alasce. Z drugiej strony to jest tak daleko od Teksasu, że to zupełnie inny świat. 

Zostałam poproszona o scharakteryzowanie polskiej kuchni i ugotowanie obiadu. I tu automatycznie wyskoczyła mi zima: kiszone ogórki, kiszona kapusta, barszcz na zakwasie z buraków, żurek… Wszystko sfermentowane na długą i dokuczliwą zimę. Dobrze, że mi się flaki po warszawsku nie przypomniały, bo te pierwsze rzeczy i tak z opisu były odstręczające.  

Po obradach postawiłam ugotować: kapuśniak, gulasz wołowy i upiec szarlotkę z bezą. O tej ostatniej nie sądziłam, że zrobię wrażenie w krainie apple pie’a, a jednak! Szarlotka na kruchym spodzie z kwaśnym jabłkami (usmażyłam te wielkie zielone jabłka bez litości) zrobiła furorę… I padło pytanie czy nie słodzimy jabłek z biedy, czy celowo dla smaku. Otóż dla smaku. Lubimy połączenie kwaśnego ze słodkim. W Ameryce wszystkie desery są po prostu baaardzo słodkie. Przynamniej  ja innych nie spotkałam…

Kapuśniak cieszył sie ogromnym powodzeniem, z ogromnego gara nic nie zostało. Gulasz też zszedł właściwie prawie cały. Docenili go entuzjastycznie goście z Kamerunu, nie wiem czemu akurat Afrykanie tak sie nim zachwycili. 

Śmieszne były zakupy żywnościowe, poprosiłam miejscowe dziewczyny o pomoc, bo gubiłam się w sklepie. Na starcie przestałam patrzeć na wagę: przeliczanie uncji i funtów w biegu, było ponad moje siły. Mięso kupiłam licząc tacki, w domu zorientowałam się, że są o 1/3 większe niż w Polsce. To uratowało sytuację, bo zamiast 9 osób było 13! Wychodzimy już ze sklepu, dziewczyny nieśmiało pytają o sałatkę, wskazując na regał ze świeżym warzywami. „Będziemy jeść pikle!” -odpowiadam- „O tej porze roku, w naszym klimacie, nie ma żadnych zielonych liści!” To przecież końcówka lutego…

Tak więc jedliśmy te amerykańskie pikle, którym daleko do prawdziwych kiszonych ogórków, ale cóż… tylko takie znalazłam.  Dodatek gałki muszkatołowej do tłuczonych ziemniaków był odkryciem, tak samo jak to że utłukłam je ręcznie, nie blenderem. Zrobiłam tak, ponieważ po blenderze się kleją, a po prasce nie. 

Ogólnie rzecz biorąc obiad sie udał, wszystkim smakowało, a goście odkryli nowe zastosowanie  gałki muszkatołowej oraz nową przyprawę: majeranek. 

Stany, Stany

Zadano mi pytanie: „jak było?” Jednym słowem? „Wspaniale!”

Po kolei: byliśmy zaproszonymi gośćmi, to zawsze jest miłe, być kimś chcianym, uzdrawia serce. 

Przez pierwszy tydzień, spotykaliśmy się z ludźmi, przedstawialiśmy rytm okołodobowy i staraliśmy się zrozumieć rzeczywistość. Cały tydzień spotkań nowymi ludźmi, wszystko nowe, inna kultura bycia, wszystko w obcym języku. Męczące uczucie, że nie umiem wyrazić się w pełni, precyzyjnie,  z powodu ułomności językowej. Stres, kiedy słyszysz, że rozmówca w ogóle opacznie interpretuje twoje wypowiedzi. Wierzcie, lub nie pod koniec dnia byliśmy wykończeni. 

Poznaliśmy niezwykłych ludzi, jedni porzucili pracę w olbrzymich mega kościołach, by służyć w niewielkich wspólnotach na tzw. prowincji, inni sprzedali wszystko (dosłownie) wyjechali na misje i tak służą… To historie, które budzą szacunek, kiedy ich słuchałam rodziło sie pytanie: a co ja mogę dać tym poświęconym, powołanym ludziom? Okazuje się, że Bóg w łasce swojej dał nam Słowo, które im usłużyło. To zaszczyt, byliśmy przecież wśród chrześcijan od pokoleń. Oni nie mają bariery językowej w czytaniu, słuchaniu tych wszystkich nauczań, które brzmią w audycjach telewizyjnych, radiowych, są wydawane w książkach. Zęby na tym zjedli. To była trema.  

Potem pojechaliśmy do Kentucky. I tam wszystko nabrało przyspieszenia 😜. Najpierw okazało się, że finalnie nie mamy czym jechać. Stoimy spakowani, trzeba ruszać, mamy do pokonania 1300 km, a żaden z samochodów gospodarza nie ma wszystkich papierów w porządku. Oni jacyś wyluzowani są. W końcu z trzygodzinnym opóźnieniem pojechaliśmy wypożyczonym samochodem. Nasze opóźnienie zrujnowało misterny plan. 

Mieliśmy przyjechać w czwartek wieczorem, a usługiwać w piątek wieczorem. To dawało czas na odpoczynek, i zwiedzanie. Lisa zaproponowała Mammoth Cave i kupiła bilety, na piątek rano. To bezzwrotne, niewymienialne bilety do parku narodowego. My oczywiście nie zdążyliśmy na czwartek wieczór. To 1300 km drogi, a my mamy opóźnienie 3 ha na starcie. Przyszło nocować po drodze. Przyjechaliśmy w piątek na 11.00 ledwo samochód oddaliśmy na czas. I tu Lisa stwierdza cud: bilety do jaskini są na sobotę rano. Zdążymy ją obejrzeć po drodze na usługę w Atlancie. Ile ona sie nakomentowała, że takie pomyłki z datami się jej nie zdarzają, to trzeba było słyszeć. Gdyby to mi sie trafiło to byłby standard. Często przyjeżdżam na spotkanie o  niewłaściwej godzinie,a  czasem mylę miejsce.  

Chyba to wszystko sie udało, mam na myśli Wielki Kanion, potem Los Angeles, bo my nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy z ogromu tych odległości. Patrzyliśmy na ekraniki smartfonów i wydawało sie wykonalne. 7 ha jazdy – ha, damy radę! Tylko, że tak naprawę to jest 9. Bo jedzenie, tankowanie i siku. Nawet tam, też trzeba chodzić do toalety. 

W Los Angeles widzieliśmy niewiele, tylko jedną tzw. turystyczną ulicę. Prowwadzila do punktu widokowego na napis HOLYWOOD i zapewne była urokliwa. Tyle, że my byliśmy po 5 ha jazdy, głodni, zmieniliśmy juz dwukrotnie strefę czasową i trzykrotnie klimat. A tu było 30 stopni w cieniu. Szliśmy i szliśmy. W parku znalazłam wodę, świeżą, butelkowana, jeszcze zimna była. Powitałam to jak cud. To uratowało nas przed bólami głowy z przegrzania. 

Było już około 15.00, dość późno jak na obce miasto i nieznane korki. Pojechaliśmy do naszych gospodarzy, rezygnując z ewentualnego centrum. Naszymi gospodarzami okazała sie bardzo niezwykła, starsza para. Nakarmili nas i zabrali nad ocean. Tam było na co patrzeć. Następnego dnia wyjechaliśmy z powrotem do Arizony na samolot. Lot mieliśmy o 2.00 w nocy. O 24.00 trzeba było być na lotnisku. Właściwie cała noc z głowy. Linii SpiritAirlines nie polecam. Bilety tanie, za wszystko inne trzeba słono płacić. W pewnej chwili myślałam, że nawet oddychanie będzie mieć swoją taryfę. 

Kiedy wróciliśmy do Teksasu, spojrzeliśmy na sprezentowaną mapę Stanów, to za głowę sie złapaliśmy… to jest takie wielkie. 

Mnie podczas tej podróży uzdrawiał Bóg, przede wszystkim z wątpliwości co do własnego powołania. Może na to nie wyglądam, ale życiowe rozterki też mnie dotyczą. Jakimś cudem ta podróż ma jedne wniosek: nieustanna świadomość własnych błędów, grzechów i niemożności trzyma mnie w pułapce strachu, niepewności i życia przeszłością. Świadomość Bożej miłości pozwala iść dalej, próbować ponownie i nie powielać błędów. 

Cudowna podróż 

Jest 5 nad ranem, siedzę na lotnisku i jakby nie dowierzam temu co przeżyłam. A jednak to się stało, towarzyszyły mi 3 osoby, wiec raczej mi się nie przyśniło – widziałam Wielki Kanion. Na własne oczy, łzy mi sie kręciły w oczach i dech zapierało w piersiach. W takich miejscach łatwiej wierzyć, że to Bóg wyrzeźbił kanion, a nie ta rzeka w dole. 

Jak tam trafiłam? Sama do końca nie rozumiem. Przyjechaliśmy by usługiwać. Byliśmy stosunkowo niedaleko od kanionu 16 ha godzin jazdy bez zatrzymywania. Od poniedziałku do piątku można obrócić. Mój wspaniały i cierpliwy mąż się zgodził. A potem przyszły zaproszenia by usługiwać w innych miejscach, dużo dalej od Kanionu. I z bólem serca pożegnałam się z wizją zobaczenia upragnionej dziury w ziemi. 

Nie będę opisywać jak wszystko się poplątało, przez roztargnienie naszego gospodarza, pośpiech naszej przyjaciółki i ogólny bałagan. 

Finalnie Lisa zafundowała cztery bilety lotnicze do Arizon, ponieważ Atlanta jest 26 ha jazdy non stop, od wymarzonego Kanionu. Nie mogłam w to uwierzyć. Z Feniks jest 7 ha jazdy do kanionu, a nie 26! Nasza podróż była całkiem szalona, stamtąd wyruszyliśmy zobaczyć innego giganta – Pacyfik, oraz Los Angeles. Tam przenocowaliśmy u niezwykłej pary: on Egipcjanin, wykłada arabski, ona Amerykanka. Niezwykle świadectwo życia, wytrwałości i Bożej łaski. I biegiem z powrotem na lotnisko do Feniks. Wszyscy, którzy dzieli nasz plan komentowali: jesteście szaleni!

Dla mnie najbardziej zdumiewające jest to, jak Bóg do mnie mówił: kocham Cię. Tyle przychylności, akceptacji jeszcze nie przeżyłam. Nawet moje dzieci pytały: „Mamo, czemu oni wszyscy chcą spełnić twoje marzenie?”

Jezus jest taaaki dobry. Tyle słuchałam o jego dobroci i łasce, że może w końcu w to uwierzyłam sercem? Tyle drobnych i wielkich tzw. zbiegów okoliczności to jeszcze mnie nigdy nie spotkało. Nawet plamy z tłuszczu same z moich nowych spodni zeszły. Po prostu zniknęły. 

Jeszcze dodam, że bez heroicznego poświęcenia mojego męża byłby to niemożliwe. On jest moim prawdziwym bohaterem!

Anioł na stacji benzynowej 

Jesteśmy Stanach z Bożej łaski, co oznacza, że dobry Bóg zorganizował nam podróż, na którą nie byłoby nas stać. Ma to swoje plusy i minusy. Plusów jest zdecydowanie więcej, minus jest jeden-nam wszystko wydaje drogie. Przez durny kurs złotówki do dolara. Nie chcę narzekać, ale to ważne dla mojej opowieści. 

Otóż jedziemy 1300 km do innego miasta na usługę i zatrzymaliśmy sie na stacji benzynowej. Dzieci jak dzieci (nieważne ile mają lat – takie zachowania długo się utrzymują) coś chcą. Powybierały swoje drobnostki, ja lek i idę do kasy. W sumie za te pierdółki mam do zapłacenia 80 zł. Niemało. No i karta nie chciała zadziałać. Zdarza się, chciałam zapłaci gotówką, kiedy jakiś pan obok rzucił sie mi do pomocy. Wielki, w ciężkim roboczym ubraniu, stanowczo mnie odsunął od terminala. Myślałam, że chce przeciągnąć swoją kartę klienta czy coś, bo na bankowca zdecydowanie nie wyglądał, by pomagać przy obsłudze terminala… Tymczasem on po prostu zapłacił za mnie. Szok i niedowierzanie. Zapłacił i poszedł, głuchy na moje zdziwienie. 

Anastazja zapytała: –  „Co ten pan zrobił, że tak wołasz za nim?”

-„Zapłacił za nas.”

-„A dlaczego on to zrobił?!”

-„Nie wiem, może jest aniołem…”

Dodam tylko, że pozostali klienci i obsługa byli tak samo zdziwieni jak ja. 

I wolę wierzyć, że to Boża łaska tak działa, niż, że wyglądałam tak żałośnie, ze robotnik z pobliskiej budowy postanowił za mnie zapłacić. Bóg jest dobry, nigdy nie zawodzi, a jego ŁASKA trwa na wieki. 

Podróże 

Zawsze chyba lubiłam podróżować. To bardzo ekscytujące, lubię poznawać nowe miejsca, ludzi i ich odmienność. Mimo to zwiedzanie nigdy nie było moim celem, a tak sie złożyło, ze dużo widziałam. Po prostu Bóg w swojej łasce dał taką możliwość. 

Stany powitały nas zapachem wiosny w powietrzu. Śmieszne, wciągając powietrze, po wyjściu z samolotu, uświadomiłam sobie, że zawsze najpierw wącham kraj, gdzie przyleciałam. Najsilniejszy zapach miała Nigeria. Wylądowaliśmy w Lagos, i juz po wejściu do rękawa samolotu poczułam zaduch i ropę naftową, oraz uderzenie gorąca. Szkocja pachniała wiatrem, Izrael suszą…

Tutaj w Teksasie najbardziej widać przestrzeń. Wszystko jest duże i rozrzucone i niskie. Widac, ze jest dużo miejsca. Europa jest zatłoczona. 

Ponieważ Anastazja chciała zobaczyć galerie sztuki, gospodarze postanowili pokazać nam najbliższe. Mieliśmy dużo szczęścia, z okazji Walentynek wszędzie wstęp był bezpłatny. UE sądziłam, że obrazy na mnie tak podziałają, że tak mocno przemówią. W ostatnim muzeum, na widok von Gogh’a prawie sie popłakałam. Nie wiem czemu, malutki pejzaż był taki śliczny, a ja stałam urzeczona jego klimatem. Był Monet, Cezanne, Munch, Picasso, Goya – nie przypuszczałam zobaczę to na własne oczy z odległości 50 cm. Bez żadnej szyby, sznurka czy czegoś oddzielającego mnie od dzieła… 

Bóg jest bardzo dobry dla mnie!

Noworocznie 

Minął rok. To dużo i mało. Zmieniła się data, ja się zmieniłam. 

Nauczyłam się dużo, pewnie dużo szans zaprzepaściłam. 

Przebiegłam półmaraton. Nie wiem czy to dobrze, bo potem siadłam i nie mogę wstać, ale wstanę. Zawsze wstaję. 

Poszłam na studia i to mi daje dużo radości. Otworzyłam się i zamknęłam jednocześnie. Mam nadzieje, ze właściwe drzwi otworzyłam, a niechciane tematy przerobiłam i zamknęłam. 

Rozczarowałam się wieloma rzeczami i zyskałam nadzieję, że nie musi tak być. 

Co raz bardziej moje szczęście zależy od wewnętrznego nastrojenia na łaskę w Jezusie, niż okoliczności. 

Moje dzieci są juz bardzo duże i bardzo małe. Jednocześnie. Przezywają miłości i rozczarowania, zachwyt światem i lęk przed nim, uniesienie życiem i bezradność. A ja bezsilnie patrzę, wspieram i staram się być wyrozumiała i cierpliwa. To życie: oni boli i upaja. 

Nie wiem kiedy to się stało, kiedy one wyrosły, a ja weszłam w wiek średni. Banał cieszenia, się nimi póki jeszcze są ze mną, uwiera swoją prawdziwością. 

Kończę w tym roku 40 lat. I chyba nic to nie zmieni. Uczucie, że jeszcze tyle rzeczy nie wiem, nadal mnie nie opuszcza. Nie wiem czy jestem dorosła. Wiem, mogę kupić dowolny alkohol, nikt o dowód nie zapyta… ale życie nadal stawia wyzwania, a ja na poczekaniu szukam rozwiązań. A przecież dorośli wszystko wiedzą!
Nie schudłam ile chciałam, ale wszystko przede mną! 

I istnieje duże prawdopodobieństwo, ze moje 40 urodziny będę obchodzić w Teksasie. 

Bóg mnie rozpieszcza – to Jego cud. 

Najbardziej jestem wdzięczna za PRZYJACIÓŁ. Akurat oni nie czytają bloga – nimi rozmawiam 😉

 Wszystkim czytającym życzę w 2017 mnóstwa MIŁYCH niespodzianek. 

Jak przebiegłam półmaraton 

Czasem miewam głupie pomysły. Niektóre z nich są naprawdę głupie, a inne wyglądają dobrze, w trakcie realizacji są koszmarne, a potem jest satysfakcja. 

Tak było np. z czwartkowymi treningami organizowanymi przez stowarzyszenie Aktywna Warszawa. Poszłam i zostałam zmasakrowana. Wycisk i siódme poty, ale potem poszłam jeszcze raz i potem przyszedł przełom. Pobiegłam szybciej. 

I podobnie było z półmaratonem. Cały sierpień bardzo regularnie trenowałam, i chciałam się sprawdzić. Zaczęłam szukać imprezy i albo za daleko, albo termin odległy, albo drogo… A ja chciałam już, bo z formy wyjdę. 

I wybór padł na Świecie, rodzinne miasteczko mojej mamy. Impreza okazała się być niedroga i dość niszowa, startowało około 200 osób. I wszyscy dobrze biegający. Start był w Chełmnie, biegliśmy do Świecia. Mój ślubny, ustawił mnie na czele, co było ogromnym błędem. Biegacze ruszyli baardzo szybko. I ja z nimi, żeby nie być stratowaną i tak wyprzytykałam się z całej energii na samym początku. Zwolniłam i puściłam zawodników. I kiedy droga zaczęła się wznosić przyszedł kryzys. Autentycznie przestałam łapać oddech, to nie była zwyczajna zadyszka, złapało mnie takie pieczenie w dołku, ze z oczu popłynęły łzy. Ucisk w klatce piersiowej, uczucie paniki i że się dławię. Przeszłam do marszu, widać wyglądałam niewyraźnie, bo podjechała karetka i chcieli mnie zwinąć. Powiedziałam, żeby dali mi jeszcze chwilę, że obiecuję nir umrzeć bez uprzedzenia… Pozwolili mi biec. Niestety wszyscy byli już daleko przede mną. To wszystko rozegrało sie na trzecim kilometrze. Dogonić czoło – nie miałam szans. Postawiłam więc na ukończenie biegu. 

Trasa była przeurocza, najpierw wzdłuż wału wiślańskiego, potem przez pola. Widoki cudowne, wierzby, bocianie gniazda, widział nawet ryjówkę przebiegająca przez drogę. To takie zwierzę, mniejsze od myszy.  

Biegłam zupełnie sama, jeżeli nie liczyć karetki sunącej za mną, i wozu straży miejskiej, zbierającego strażników z trasy. Za mną juz tylko sprzątali i kończyli imprezę. Za to wszyscy byli bardzo zachęcający. Sanitariusze po jakimś czasie zaprzestali namawiania do wejścia do karetki, a zachęcali przez megafon. 

I tak truchtałam bardziej wysiłkiem woli niż nóg. Nogi nie chciały się słuchać. Przestawały, wtedy obiecywałam im, ze to tylko do zakrętu, krzaczka itp. Najgorszy był ostatni kilometr. Tego się nie da opisać, i jeszcze pod górę. 

Byłam oczywiście ostatnie, za to wszyscy na mnie czekali! 

Jestem zadowolona. Bo się nie poddałam, bo nie weszłam do karetki (choć kusiło ogromnie), bo biegłam, a nie szłam, bo sie nie wystraszyłam, bo pokonałam samą siebie. 

P. S. Nigdy juz nie uwierzę w zapewnienia mojego męża, ze on nie da rady. Był zaziębiony, nie spał prawie wcale i przybiegł 15 min wcześniej. Cyborg.