Pokolenia

Byłam nad morzem, w porcie stały kutry rybackie, z okolicznych restauracyjnych kuchni pachniało jedzeniem. Ja też zechciałam ryby. W restauracji było drogo i mało. Postanowiłam więc przyrządzić rybę sama.

Kupiłam i dotarło do mnie, ze nikt za mnie jej nie sprawi i nie oczyści. Trzeba ją wypatroszyć i wyczyścić z łusek. Niby nic, ale nie pamiętam kiedy to robiłam samodzielnie.

I tak nacinając brzuch ryby, uważając na woreczek żółciowy przypominało mi się, kto mnie tego uczył. Byłam wtedy młodszą nastolatką (jako starsza nastolatka to miałam muchy w nosie) i uczył mnie mój dziadek.

Dziadek był zapalonym wędkarzem i dużo łowił – zawsze legalnie. I my te ryby jedliśmy, jako wnuczęta kochaliśmy okonie i świetnie oddzielaliśmy ości od białego mięsa. Dziadek Mietek nie był wylewny do wnuków. Kochał nas swoją szorstką miłością, która nie była zbyt rozmowna, więc kiedy wprowadzał mnie w świat rybich wnętrzności – bardzo to zapamiętałam.

Zapamiętałam tez szacunek do życia, mimo ze zabijał te ryby. My przecież je jedliśmy, ale starał się by nie cierpiały niepotrzebnie. Tłumaczył ze ryba ma układ nerwowy i cierpi, kiedy się powoli dusi bez wody. Ponieważ to były odległe czasy, kiedy w sklepach niewiele było, to latem te ryby (spędzaliśmy u dziadków wakacje) bardzo ratowały i budżet i jadłospis. Dziadek nigdy nie łowił „dla sportu”, mówił ze jak ma rybę złapać, pokaleczyć i wypuścić osłabioną, to ją zje. Albo nie będzie łowić.

Takie miał poglądy, ja słuchałam i rozpoznawałam wątrobę, bo jak uszkodzić woreczek żółciowy to ryba będzie gorzka.

I tak po tych więcej niż 20 latach nadal umiałam prawidłowo oprawić rybę. W sumie nie było trudno, tylko zrobiło mi się nostalgicznie. Bo dziadka nie już tu ponad 20 lat, a czasem nadal za nim tęsknię.

Wielka Noc – Święta w czasie zarazy

Jest inaczej – przede wszystkim nie jest stadnie, nie jest zbiorowo, i nie jest obrzędowo.
Jednym towarzyszy lęk i obawa o zdrowie, inni podejrzewają spisek, a wszyscy z niepokojem patrzą w przyszłość – prognozy ekonomiczne nie są wesołe.

Obecna sytuacja nie odebrała nam Świąt, ona odebrała nam obrzędowość.
Kiedy nie ma obrzędowości – pozostaje duchowość, albo jej brak.

Duchowość to relacja z Bogiem, ponieważ każdy z nas jest inny, różne są nasze relacje z tym samym Bogiem.
Relację każdy pielęgnuje samodzielnie. Wspólne obrzędy pomagają, ale jej nie tworzą. Czasem niestety, przesłaniają jej brak.

W czasie niepokoju noc zmartwychwstania niesie ukojenie i zwycięstwo. Oto śmierć jest pokonana, grzech więcej nie panuje nad nami – mamy powody do radości.

Zmartwychwstanie to przypieczętowanie Nowego Przymierza , w którym Bóg się troszczy o wierzących niezależnie od ich uczynków. On nam przygotuje przyszłość, która będzie DOBRA, ponieważ oddał za nas życie.

Wszystkim czytającym z serca życzę wszystkiego najlepszego.

Czego internety nie powiedziały o Bogocie!

W tym roku poleciałam do Kolumbii na wesele rodzonego brata, co samo w sobie jest materiałem na oddzielną historię…

Chciałam być przygotowana, więc trochę o Bogocie – czytałam, nie za dużo, ot kilka pierwszych z góry wyszukiwarki blogów na temat co warto zobaczyć, czym nie być zaskoczonym. I zdecydowanie nie byłam przygotowana na to, co mnie spotkało.

1. Pogoda – ogólnie panują zachwyty, że tam stałe maj, 20 stopni i cudownie. Moje obserwacje z lipca (to chyba u nich tak bardziej zima) i rozmowy z Kolumbijczykami nie potwierdzają radosnych uniesień. Temperatura waha się od 15 do 20 stopni, często mocno wieje i co chwila pada deszcz. Jak wyjdzie słońce to natychmiast przypieka skórę i żal serce ściska, że kremu z filtrem człowiek nie użył. Chyba ma to związek z wysokością – miasto położne jest na 2000 metrów; i nic że równik – za wysoko. Mamy zatem typowo górską pogodę – bardzo zmienną. Odczucie czy jest ciepło czy zimno jest subiektywne. My przyjechaliśmy w lipcu, z trzydziestostopniowym upałów i marźliśmy. Braciak pojechał wcześniej w grudniu opuszczając prawdziwe mrozy i twierdził, ze tam ciepło. Cóż, punkt widzenia zależy od …

2. Jedzenie – o tym było dużo, jednak nic nie przygotuje człowieka na absolutny brak podziału na potrawy/smaki słodkie i słone. Niby o tym wiedziałam, ale jednak… Pomysły takie jak: chipsy z limonką, podwędzany ser maczany w słodkiej kawie z mlekiem są dla mnie bardzo egzotyczne. Poza tym kuchnia jest przyjazna – łagodna, raczej nie uda się zamówić czegoś, co będzie zbyt pikantne by to zjeść.

3. Warunki życia/zakwaterowanie, otóż o tym nie było nic, a jest ciekawie. Po pierwsze nie ma w domach ciepłej wody i ogrzewania, okna są pojedyncze, nieszczelne, a ściany cienkie. I w domach jest chłodno. Ogólnie wyglada to trochę tak, jakby mieszkańcy ciepłych nizin wdrapali się tak wysoko, nie załapali że klimat jest inny i budowali tak, jak to mieli w zwyczaju na dole, w tropikalnych upałach. Co można zrobić? Przede wszystkim zabrać ciepłe piżamy, skarpetki, i najlepiej szlafmycę. Nie żartuje. Przy tej wysokości trzeba się zaadoptować do rozrzedzonego powietrza i smogu, jednym z elementów niedostosowania jest uczucie zimna i niemożność rozgrzania się, szczególnie w nocy. Warto mieć swoje ulubione tabletki od bólu głowy, bo jak jesteśmy przy adaptacji, to migreny mieliśmy wszyscy – cała piątka.

4. Ludzie. Nikt mi nie powiedział, że Kolumbijczycy to taki czarujący naród! Sa uprzejmi, życzliwi i nienarzucający się. Warto wiedzieć, że panuje tam zupełnie inna kultura przy targowaniu się o cenę, np. na bazarach, na pchlich targach. Twarde negocjacje, czy głośne domaganie się są nie na miejscu, jak również krytyka zaproponowanej ceny. Jeśli coś się nam podoba, należy to chwalić, otwarcie wyrażać zainteresowanie (sic!) i komplementować – zazwyczaj sprzedawca sam opuszcza cenę lub dodaje coś w gratisie. Czasem nie, ale włoski czy arabski styl negocjacji nie działa i rodzi napięcia, a te mogą być naprawdę nieprzyjemne.

5. Bezpieczeństwo. O tym było sporo, ale nikt nie pisał, ze po zmroku należy być koniecznie w domu. Zmrok zapada zawsze o 18.00 (dwunastogodzinny dzień okołorównikowy) , jest wiec dużo czasu na rodzinną integrację 😉 A tak poważnie, to raz wyszłam z tatą po wodę do sklepu o 19.00. Był piątek, to wystarczający powód do fiesty. Było jak na filmach – motocykle, mnóstwo ludzi i wesołość wzmagana alkoholem, sklepy pozamieniane na tymczasowe bary. Fajne w kadrze ale nie na żywo… wszędzie chodziliśmy parami.

6. Sunamapaz Paramo! Nigdzie nie było o tym wzmianki, co jest zbrodnią przeciwko turystom! To park narodowy, przepiękny i zdecydowanie wart zobaczenia. To jednocześnie największy płaskowyż na świecie. Można tam wykupić wycieczkę tylko z przewodnikiem. Zdjęcia poniżej, jakbyście wpadali do Bogoty, koniecznie poświęćcie na to jeden dzień.

Badania

Ci, którzy mnie czytali, wiedzą że od lat zmagam się ze swoją wagą.

Tak wiem, nie jestem hipopotamem, wielorybem itd. Niemniej ważę za dużo, nie tylko subiektywnie ale i BMI pokazuje nadwagę. Strach pomyśleć ile bym ważyła, gdyby nie moja ciągła walka. I tak pewnego dnia poszłam do lekarza i pomarudziłam, że muszę się przebadać. I skracając długą historię wyszło, że dotyczy mnie insulinooporność.

Niewielka, ale zawsze. Nieleczona może prowadzić do cukrzycy. I przy okazji dowiedziałam się, że w rodzinie była cukrzyca, i że insulinooporność to problem baaardzo wielu kobiet po czterdziestce.

W skrócie to działa tak: jem coś, trzustka wydziela insulinę, żeby obniżyć poziom cukru, a moje komórki zamiast się posłuchać „olewają to”. No i jest klops. Za wysoki poziom cukru we krwi i jednocześnie wysoki poziom insuliny.

Ja zastosowałam dietę bardzo podobną do tej przy cukrzycy. Dostałam leki od LEKARZA. I pięknym efektem ubocznym jest spadek wagi i zmniejszenie obwodu w talii.

Wniosek: warto się badać. Jakie badanie: glukoza i insulina na czczo. NFZ nie refunduje insuliny na czczo, więc nie ma co prosić lekarza. Koszt badań zależy od laboratorium, u mnie to: glukoza 10 zł, insulina 30 zł.

Z tych danych wylicza się współczynnik HOMA, który jest wskaźnikiem insulinooporności. Najważniejsze: wyniki dyskutujemy z lekarzem, to on ma przed sobą pacjenta i on decyduje o leczeniu. Moje wyniki były na granicy normy, ale jak powiada moja zaufana Lekarka: „leczę pacjenta, nie wyniki”. To ona podjęła decyzję o leczeniu, ja się zgodziłam. Początek był trudny, teraz czuję się dużo lepiej. Wniosek: nie poddawaj się, czasem warto się przebadać

Coś więcej

Śliczny jesienny dzień, jest wyjątkowo ciepło. Pogoda rozpieszcza, kolory jeszcze nie wysycone, ale już rudawe, sucho i słonecznie.

Idziemy na cmentarz. Będziemy odprowadzać bliską nam osobę i towarzyszyć rodzine zmiażdżonej bólem.

Historia jest tak smutna jak tylko być może. Śliczna, młoda dziewczyna pełna życia i radości przyjeżdża do ojca. Na Ukrainie właśnie zakończyła szkołę średnią, chce zobaczyć świat, może studiować w Polsce. Jest wierząca, pełna marzeń i nadziei na przyszłość. Zupełnie nieoczekiwanie ginie w wypadku samochodowym. Nagle, w okamgnieniu poniosła smierć na miejscu. Mimo, że był dzień, mimo, że była na chodniku, mimo dobrej widoczności, towarzystwa dwóch braci. Nic jej nie uratowało.

Czytaj dalej

Płow

Kiedy po raz pierwszy pojechałam na Ukrainę byłam zaskoczona bardzo wieloma rzeczami, a jedną z nich było międzynarodowe bogactwo kulinarne. To było ponad dwadzieścia lat temu i nasz kraj wyglądał ciut inaczej. Kończyły się złote lata dorabiania się, a nasza wiedza o kuchniach świata nie była zbyt obszerna. I dlatego zdziwiłam się, że przeciętna ukraińska gospodyni zna dużo więcej przepisów zupełnie nie ukraińskich ode mnie. Spośród najlepiej zapamiętanych to: czurczhela, lawasz, płow, baklwa, czebureki, marchewka po koreańsku.

Ostatnio odważyłam zrobić płow – to danie kuchni uzbeckiej, które w zasadzie każdy wychowanek ZSRR zna. Mój przepis jest inspirowany kuchnią Żydów bucharskich, którzy też płow przyrządzali i znalezionymi przepisami na płow uzbecki.

Składniki:

  • 1 kg baraniny
  • 3 duże cebule
  • 8 dużych marchewek
  • czosnek (wg uznania 4-3 ząbki)
  • cynamon, sól, pieprz
  • papryka wędzona – opcjonalnie
  • 1,5 szklanki ryżu basmati
  • szklanka bulionu

Przygotowanie:

  1. Dwie cebule pokroić i wrzucić do garnka z grubym dnem, zacząć podsmażać.
  2. Baraninę pokroić na niewielkie kawałeczki, dodać do cebuli i dusić. Powinna puścić własny sok i długo się w nim powolutku gotować, aż będzie niemal miękka.
  3. Marchewkę obrać, zetrzeć na tarce. Jedną trzecią dodać do mięsa wraz z posiekanym czosnkiem i dusić jeszcze z pół godziny.
  4. Ryż przepłukać, zalać wodą z solą i doprowadzić do wrzenia, wtedy wyłączyć. Po pięciu minutach odlać (będzie niedogotowany)
  5. Doprawić mięso solą, pieprzem, cynamonem i ewentualnie wędzoną papryką, dodać resztę marchwi.
  6. Dolać bulionu mięsnego, wrzucić resztę marchwi i cebuli, na wierzch włożyć niedogotowany ryż i przykryć.
  7. Dusić tak długo na małym ogniu, aż ryż zmięknie – wymieszać i podawać.

Uwagi:

  • Warto użyć ryżu basmati, bo jest smaczny i na pewno „dojdzie” na wierzchu potrawy.
  • Wędzona papryka to mój wymysł, nie było jej w żadnym przepisie, który znalazłam. Zdecydowałam się na dodanie jej ponieważ oryginalnie to danie jest gotowane w kociołku nad ogniskiem, moim zdaniem wędzona papryka dodaje tego dymnego aromatu.

Moja Babcia

Moja babcia to Babcia.

Niezwykła osoba, która w pewien sposób ukształtowała mój sposób patrzenia na świat.

Jak sięgam pamięcią zawsze była obecna, to ważne. Ona zawsze była w tej chwili, która właśnie trwała. Może to dlatego, że uciekała z Wilna przed Sowietami, potem w powojennej Polsce była wysiedlana… Dość, że skupiała się na tym, co ważne teraz, jednocześnie odważnie planami wybiegała w przyszłość. To się nazywa nie martwić się na zapas.

Powściągliwa w sposobie bycia, ale umiała cieszyć się życiem, lubiła je. Sprawiały jej przyjemność drobne rzeczy: gorzka herbata i słodka konfitura. Lubiła piękne przedmioty, ale nie zachłannie – wszystkie były użytkowe. Funkcjonowała w przemyślanej przestrzeni, wszystko miało swoje miejsce i uzasadnienie. Długo kontemplowałam kompozycję ogrodu Dziadków, było tam wszystko: warzywnik, krzewy owocowe, sad, kwiaty i kawałek parku, w którym urzędowały wnuki budując „Dziecioland”. Nie narzucała się nigdy, uprzejmie rozmawiała z hydraulikiem i przełożonym. Nie malowała się, ale zawsze miała zrobione włosy 🙂 Lekarz, doktor nauk medycznych, pani domu i moja Babcia.

Byłyśmy sobie bliskie, a potem coś się poplątało. Szukałyśmy siebie nawzajem, było to trudne, ale starałyśmy się.

Zdążyłam się z nią pożegnać, mówiła, że się nie boi, wie dokąd idzie, miała długie, syte życie. Najstarszy prawnuk jest już pełnoletni.

To trudne, kiedy bliscy stają się wspomnieniem.

Tak o niej napisała moja siostra:

Kochana Babciu, dziś kończy się dla mnie pewna epoka. Należałas do ludzi których odejście powoduje pustkę nie do zastąpienia. Byłaś opoką… Niezłomną trwałością, pełną ciepła i miłości. Przeżyłaś wojnę, wysiedlenia, komunizm i wszystkie te straszne rzeczy, o których my i nasze dzieci uczymy się tylko z książek. A mimo to nigdy nie straciłaś wiary w człowieka. Zawsze szukałaś w ludziach dobra, zawsze kierowałaś się miłosierdziem…

Pamiętałaś czasy w których lodówka, była drewnianą skrzynią wyłożoną blachą, a mimo to jeszcze do wczoraj czytałaś nasze wpisy na FB i sprawdzałaś co dzieje się u każdego z Twoich wnuków..

Zawsze na pierwszym miejscu miałaś nas, swoją rodzinę…

Dziękuję Ci za to, że byłaś z nami tyle lat. Nasz drogowskaz, nasza latarnia morska, nasz kompas dobra i miłości… Zawsze będziemy Cię kochać. Dziś pozostaje nam tylko uśmiech, że jesteś już razem z Dziadkiem. Że nie cierpisz i że pilnujesz nas teraz z góry i wypraszasz nam miejsce w tej Rodzinie po drugiej stronie…

Wafle świąteczne

Moje dzieciństwo to czas niedostatku gospodarczego, nieustanny kryzys i puste półki w sklepach. Oczywiste jest, że nie było tylu słodyczy.

Dlatego moja mama robiła wafle przełożone najlepszym kremem na świecie. Gesty, bardzo słodki i mocno czekoladowy w połączeniu z chrupiącym waflem jest doskonały.

Uwaga! Przepis nie jest odchudzający ani specjalnie zdrowy, ale pyszny.

25 dag masła

25 dag płynnego miodu

25 dag cukru pudru

3 łyżki gorzkiego kakao

Połączyć wszystko w garnku i zagotować. Kiedy masa trochę przestygnie i zgęstnieje przełożyć wafle. Jak wszystko przejdzie i zastygnie, pokroić na małe kawałki.

Smacznego.

Lemon curd, cytrynowy krem

To było odkrycie, jak grom z jasnego nieba. Umówiłam się z bratem na mieście żeby załatwiać jakieś rzeczy. I miedzy jedną sprawą, a drugą, w samochodzie wyciąga słoik. „Zobacz, co kupiłem…, lemon curd.” Nazwa nic mi nie mówiła, ale co tam, palec w słoik i liżemy.

Olśnienie, iluminacja, odlot.

Cytrynowy, gładki, miękki w smaku i jednocześnie słodki. I 40 lat żyłam bez świadomości, że takie cudo istnieje.

Krem nadaje się do: naleśników, babeczek, tortów, mazurków i wykazania łyżeczką.

Jest w ogóle niewegański, ale przygotowany z ekologicznych produktów – zawiera mnóstwo witamin i pełen zestaw aminokwasów.

Oto przepis:

Składniki:

160 gram cukru pudru

2 jajka

3 żółtka

2 cytryny (ja użyłam cytryny i jednej limonki)

80 gram masła

Wykonanie:

1. Skórkę z cytryn otrzeć, sok wycisnąć.

2. Połączyć w rondelku sok i skórkę z cukrem, żółtkami i jajkami, starannie wymieszać by nie było grudek.

3. Włączyć delikatne podgrzewanie, dodać masło i mieszać.

4. Cierpliwie mieszać aż masło się roztopi, a potem masa zgęstnieje. Nie przesadzić z podgrzewaniem, żeby się nie zrobiła jajecznica.

I już. Powstrzymać się przed zeżarciem całego garnka, bo może zemdlić.