Ze szkoły.

Od jakiegoś czasu zawsze towarzyszył jej hałas. Przed hałasem było normalnie. A potem zjawił się on – świst i huk. Przerażenie, ziemia się trzęsie. Cisza, ale hałas nie ustaje. Dźwięczy w uszach, świdruje. Chciałaby żeby przestał ale nie, on jej towarzyszy.

W końcu trzeba było uciekać. Świst i huk dotarły zbyt blisko. Szyby w oknach wypadły. Inne domy się rozpadły. Uciekli. Razem. Daleko i niedaleko. Na drugi koniec kraju. Hałas ją gonił. W nocy budził huk, którego nikt nie słyszał poza nią. Dorośli mówili, że już po wszystkim, że świst i huk jej nie dogonią. Chyba jednak nie do końca w to wierzyli, bo postanowili wyemigrować z kraju.

Wtedy pojawił się szum. Napływ obcych dźwięków był jak napór morskiej wody – faluje uderza, raz mocno raz słabiej. Tak czy inaczej nie się go zignorować.

Najgorzej było w szkole. Wtedy szum był najbardziej wymagający-trzeba go rozumieć. A to przecież tylko potok nieznanych dźwięków… Ten nowy hałas powodował mnóstwo uczuć: napięcie, strach, rozczarowanie, a na koniec złość i ból głowy.

Potem trzeba było się odezwać. Jednak język, ten sam który do tej pory badał różne smaki i wypowiadał dobrze znane słowa, nagle się zbuntował. Wszystko smakuje inaczej. Zaczynajac od chleba, przez warzywa, kończąc słodyczami. Poza tym, zniekształca dźwięki które A. chce wypowiedzieć. Dokładnie słyszy je w głowie, a kiedy wychodzą z głowy są koślawe i nieporadne. Wywołują śmiech, politowanie i zniecierpliwienie u słuchających. Już lepiej milczeć.

A. patrzy na swoje rzeczy. Rodzice kazali jej zabrać te najważniejsze. Te najważniejsze się jednak nie zmieściły, bo jak do walizki spakować: przyjaciół, widok z okna, psa… Wzięła więc rzeczy. Tam były w porządku. Tu są jakby nie na miejscu, nie pasują. W ubraniach z domu wyglada dziwnie, albo biednie albo pstrokato.

Szum się nie zmniejsza, słowa płyną non stop, szkoła, ulica, sklep. Nie maja znaczenia, A odcina się od nich, zapada w sobie. Jest bardziej w środku niż na zewnątrz. Tak jest lepiej. W sylwestra myślała ze świst i huk ją dogoniły, ale to jednak nie one. To dobrze. Szum jest lepszy niż świst i huk.

Po jakimś czasie w naporze szumu A. wyłapuje te znane dźwięki, które często się powtarzają – tak nadaje im znaczenie. To pierwszy ważny krok. Potem z czasem jest co raz łatwiej, oswaja dzięki cudze i wydaje podobne do słyszanych. Pierwszy krok do komunikacji.

***

Opisałam przeżycia fikcyjnej A. na podstawie obserwacji dzieci, które przyjechały do Polski z wojny w Donbasie. Adaptacja do nowego kraju trwa około 5 lat. Dzieci przeżywają szok kulturowy, który może wywoływać trudne zachowania. Bez pomocy i przewodnictwa radzą sobie jak umieją, nie spełniają oczekiwań dorosłych i systemu szkolnictwa.

Urlop

Niby taka, dorosła, taka duża a wciąż datą graniczną końca roku jest dla mnie wrzesień. Jakoś tak jest logiczniej, po urlopie, wakacjach zaczyna się nowy sezon. Jak tydzień po odpoczynkowej niedzieli. W zeszłym roku myślałam, że tamten był trudny. Teraz widzę, że fajnie by było, żeby tamten się powtórzył, bo ten był jeszcze gorszy. Odeszło na zawsze kilkoro bliskich nam osób – zmarły. Tak bezpowrotnie i nieodwracalnie. Pustka i tęsknota to wyświechtane słowa, ale w braku lepszych niech będą te.

Chyba się zastarzałam. Nie, nie mizdrzę się. Po prostu, jeśli patrzę na rzeczywistość i myślę: „dobrze, że (…) tego nie widzi”, nie widzi bo już nie żyje, to jest to coś nowego – nie miałam tak będąc młodsza. Nie miałam wielu bliskich, którzy odeszli.

Na wakacjach, urlopie myśli płyną inaczej. Swobodniej, nie są kierowane na zadania i chyba dlatego wypływają wspomnienia. Do mnie wracają dziadkowie. Babcia Wanda z nieodłącznym papierosem, kokiem i kremem kań-kań. Nie wiem skąd w tamtych czasach brała Yardley”a ale go miała. Myślałam, że miała na mnie niewielki wpływ, bo jej zainteresowanie wszelkiego rodzaju dziećmi było nikłe. Dziś widzę, że dała mi wspaniałą lekcję przedsiębiorczości i znaczenia znajomości. I teraz jak o niej myślę, to uważam, że była bardzo dzielna, choć trudna dla rodziny.

W ogóle pokolenie moich dziadków było trudne. Bo mieli trudne życie. Przeżyli, choć umarło tylu, tylu… parafrazując Stachurę. A potem nadal przeżycie nie było łatwe ani gwarantowane. Nikt nad nimi się nie rozczulał, a oni nie rozczulali się nad swoimi dziećmi. Te dzieci to moi rodzice. Dorastający w państwie komunistycznym, opresyjnym i zamkniętym. Weszli w dorosłość z brakami w sferze materialnej i emocjonalnej i nagle świat się posypał. Upadła komuna i nastała wolność. Wolność to zawsze odpowiedzialność, również w tym znaczeniu, że trzeba samemu odpowiadać za swoje życie. Razem z wolnością przyszedł brak opiekuńczego państwa, nie każdy sobie radził w tej rzeczywistości. Pamiętam niepokój moich rodziców, realnie nikt nie wiedział, co dalej będzie.

Wszystkim im jestem wdzięczna. Przeżyli na tyle silni, żebym i mnie sprowadzić na ten świat. Pamiętam, byłam już wtedy dorosła, mężata i dzieciata, postanowiłam zrobić kutię na Wielkanoc, dla Babci. U niej w rodzinnym domu tak się jadło. No i zrobiłam. A babcia zapytała „A gdzie biała kutia?”. Źle to wtedy zniosłam. Nie wiedziałam, że są dwa rodzaje kutii: czarna (z makiem) i biała (bez maku). Potraktowałam to jako uszczypliwość, wytykanie niedoskonałości. Dziś myślę, że to było zupełnie zwyczajne pytanie. Dopiero ja wychowana w jakim takim dobrobycie mam czas i miejsce na analizowanie takich sytuacji. Mój świat jest w miarę stabilny.

Niestety, albo właśnie dobrze, mam dostatecznie dużą rodzinę, by widzieć, że ta stabilność nie jest gwarantowana. Równowaga jest chwiejna, a pokój nie jest dany na zawsze. Taka może niewesoła refleksja, ale pomaga doceniać to, co się ma.

Bliskość

tempImageCIEWlFSzary pejzaż mknął za oknem. Bardzo szary, drzewa odarte z liści, pola zaorane i tylko ma horyzoncie ściana nagiego lasu. Droga wąska, kręta, jakby z miedzy zrobiona. „Lubię taki krajobraz” powiedziała, „jakby nie to światło to możnaby pomysleć, że to listopad, ale niebo jest inne, za jasne”. Milczenie. Niezrażona, ciągnęła dalej: „w listopadzie niebo jest niskie, chmury gęste i brudne… Nie ma prześwitów jak teraz, a życie jest ukryte…”

„Dekadencja” usłyszała w odpowiedzi, nerwowo spojrzała w jego profil, ukryty uśmieszek czaił się w kącikach jego ust. Zaczęła sie wycofywać  „Ja tez lubię dekadencję!” próbował ją dogonić, ale ona już zamykała się i cały jej swiat zapadał sie jak w muszli – zakręt, zakręt, zakręt i tylko trochę szumu na końcu.

Pokolenia

Byłam nad morzem, w porcie stały kutry rybackie, z okolicznych restauracyjnych kuchni pachniało jedzeniem. Ja też zechciałam ryby. W restauracji było drogo i mało. Postanowiłam więc przyrządzić rybę sama.

Kupiłam i dotarło do mnie, ze nikt za mnie jej nie sprawi i nie oczyści. Trzeba ją wypatroszyć i wyczyścić z łusek. Niby nic, ale nie pamiętam kiedy to robiłam samodzielnie.

I tak nacinając brzuch ryby, uważając na woreczek żółciowy przypominało mi się, kto mnie tego uczył. Byłam wtedy młodszą nastolatką (jako starsza nastolatka to miałam muchy w nosie) i uczył mnie mój dziadek.

Dziadek był zapalonym wędkarzem i dużo łowił – zawsze legalnie. I my te ryby jedliśmy, jako wnuczęta kochaliśmy okonie i świetnie oddzielaliśmy ości od białego mięsa. Dziadek Mietek nie był wylewny do wnuków. Kochał nas swoją szorstką miłością, która nie była zbyt rozmowna, więc kiedy wprowadzał mnie w świat rybich wnętrzności – bardzo to zapamiętałam.

Zapamiętałam tez szacunek do życia, mimo ze zabijał te ryby. My przecież je jedliśmy, ale starał się by nie cierpiały niepotrzebnie. Tłumaczył ze ryba ma układ nerwowy i cierpi, kiedy się powoli dusi bez wody. Ponieważ to były odległe czasy, kiedy w sklepach niewiele było, to latem te ryby (spędzaliśmy u dziadków wakacje) bardzo ratowały i budżet i jadłospis. Dziadek nigdy nie łowił „dla sportu”, mówił ze jak ma rybę złapać, pokaleczyć i wypuścić osłabioną, to ją zje. Albo nie będzie łowić.

Takie miał poglądy, ja słuchałam i rozpoznawałam wątrobę, bo jak uszkodzić woreczek żółciowy to ryba będzie gorzka.

I tak po tych więcej niż 20 latach nadal umiałam prawidłowo oprawić rybę. W sumie nie było trudno, tylko zrobiło mi się nostalgicznie. Bo dziadka nie już tu ponad 20 lat, a czasem nadal za nim tęsknię.

Wielka Noc – Święta w czasie zarazy

Jest inaczej – przede wszystkim nie jest stadnie, nie jest zbiorowo, i nie jest obrzędowo.
Jednym towarzyszy lęk i obawa o zdrowie, inni podejrzewają spisek, a wszyscy z niepokojem patrzą w przyszłość – prognozy ekonomiczne nie są wesołe.

Obecna sytuacja nie odebrała nam Świąt, ona odebrała nam obrzędowość.
Kiedy nie ma obrzędowości – pozostaje duchowość, albo jej brak.

Duchowość to relacja z Bogiem, ponieważ każdy z nas jest inny, różne są nasze relacje z tym samym Bogiem.
Relację każdy pielęgnuje samodzielnie. Wspólne obrzędy pomagają, ale jej nie tworzą. Czasem niestety, przesłaniają jej brak.

W czasie niepokoju noc zmartwychwstania niesie ukojenie i zwycięstwo. Oto śmierć jest pokonana, grzech więcej nie panuje nad nami – mamy powody do radości.

Zmartwychwstanie to przypieczętowanie Nowego Przymierza , w którym Bóg się troszczy o wierzących niezależnie od ich uczynków. On nam przygotuje przyszłość, która będzie DOBRA, ponieważ oddał za nas życie.

Wszystkim czytającym z serca życzę wszystkiego najlepszego.

Czego internety nie powiedziały o Bogocie!

W tym roku poleciałam do Kolumbii na wesele rodzonego brata, co samo w sobie jest materiałem na oddzielną historię…

Chciałam być przygotowana, więc trochę o Bogocie – czytałam, nie za dużo, ot kilka pierwszych z góry wyszukiwarki blogów na temat co warto zobaczyć, czym nie być zaskoczonym. I zdecydowanie nie byłam przygotowana na to, co mnie spotkało.

1. Pogoda – ogólnie panują zachwyty, że tam stałe maj, 20 stopni i cudownie. Moje obserwacje z lipca (to chyba u nich tak bardziej zima) i rozmowy z Kolumbijczykami nie potwierdzają radosnych uniesień. Temperatura waha się od 15 do 20 stopni, często mocno wieje i co chwila pada deszcz. Jak wyjdzie słońce to natychmiast przypieka skórę i żal serce ściska, że kremu z filtrem człowiek nie użył. Chyba ma to związek z wysokością – miasto położne jest na 2000 metrów; i nic że równik – za wysoko. Mamy zatem typowo górską pogodę – bardzo zmienną. Odczucie czy jest ciepło czy zimno jest subiektywne. My przyjechaliśmy w lipcu, z trzydziestostopniowym upałów i marźliśmy. Braciak pojechał wcześniej w grudniu opuszczając prawdziwe mrozy i twierdził, ze tam ciepło. Cóż, punkt widzenia zależy od …

2. Jedzenie – o tym było dużo, jednak nic nie przygotuje człowieka na absolutny brak podziału na potrawy/smaki słodkie i słone. Niby o tym wiedziałam, ale jednak… Pomysły takie jak: chipsy z limonką, podwędzany ser maczany w słodkiej kawie z mlekiem są dla mnie bardzo egzotyczne. Poza tym kuchnia jest przyjazna – łagodna, raczej nie uda się zamówić czegoś, co będzie zbyt pikantne by to zjeść.

3. Warunki życia/zakwaterowanie, otóż o tym nie było nic, a jest ciekawie. Po pierwsze nie ma w domach ciepłej wody i ogrzewania, okna są pojedyncze, nieszczelne, a ściany cienkie. I w domach jest chłodno. Ogólnie wyglada to trochę tak, jakby mieszkańcy ciepłych nizin wdrapali się tak wysoko, nie załapali że klimat jest inny i budowali tak, jak to mieli w zwyczaju na dole, w tropikalnych upałach. Co można zrobić? Przede wszystkim zabrać ciepłe piżamy, skarpetki, i najlepiej szlafmycę. Nie żartuje. Przy tej wysokości trzeba się zaadoptować do rozrzedzonego powietrza i smogu, jednym z elementów niedostosowania jest uczucie zimna i niemożność rozgrzania się, szczególnie w nocy. Warto mieć swoje ulubione tabletki od bólu głowy, bo jak jesteśmy przy adaptacji, to migreny mieliśmy wszyscy – cała piątka.

4. Ludzie. Nikt mi nie powiedział, że Kolumbijczycy to taki czarujący naród! Sa uprzejmi, życzliwi i nienarzucający się. Warto wiedzieć, że panuje tam zupełnie inna kultura przy targowaniu się o cenę, np. na bazarach, na pchlich targach. Twarde negocjacje, czy głośne domaganie się są nie na miejscu, jak również krytyka zaproponowanej ceny. Jeśli coś się nam podoba, należy to chwalić, otwarcie wyrażać zainteresowanie (sic!) i komplementować – zazwyczaj sprzedawca sam opuszcza cenę lub dodaje coś w gratisie. Czasem nie, ale włoski czy arabski styl negocjacji nie działa i rodzi napięcia, a te mogą być naprawdę nieprzyjemne.

5. Bezpieczeństwo. O tym było sporo, ale nikt nie pisał, ze po zmroku należy być koniecznie w domu. Zmrok zapada zawsze o 18.00 (dwunastogodzinny dzień okołorównikowy) , jest wiec dużo czasu na rodzinną integrację 😉 A tak poważnie, to raz wyszłam z tatą po wodę do sklepu o 19.00. Był piątek, to wystarczający powód do fiesty. Było jak na filmach – motocykle, mnóstwo ludzi i wesołość wzmagana alkoholem, sklepy pozamieniane na tymczasowe bary. Fajne w kadrze ale nie na żywo… wszędzie chodziliśmy parami.

6. Sunamapaz Paramo! Nigdzie nie było o tym wzmianki, co jest zbrodnią przeciwko turystom! To park narodowy, przepiękny i zdecydowanie wart zobaczenia. To jednocześnie największy płaskowyż na świecie. Można tam wykupić wycieczkę tylko z przewodnikiem. Zdjęcia poniżej, jakbyście wpadali do Bogoty, koniecznie poświęćcie na to jeden dzień.

Badania

Ci, którzy mnie czytali, wiedzą że od lat zmagam się ze swoją wagą.

Tak wiem, nie jestem hipopotamem, wielorybem itd. Niemniej ważę za dużo, nie tylko subiektywnie ale i BMI pokazuje nadwagę. Strach pomyśleć ile bym ważyła, gdyby nie moja ciągła walka. I tak pewnego dnia poszłam do lekarza i pomarudziłam, że muszę się przebadać. I skracając długą historię wyszło, że dotyczy mnie insulinooporność.

Niewielka, ale zawsze. Nieleczona może prowadzić do cukrzycy. I przy okazji dowiedziałam się, że w rodzinie była cukrzyca, i że insulinooporność to problem baaardzo wielu kobiet po czterdziestce.

W skrócie to działa tak: jem coś, trzustka wydziela insulinę, żeby obniżyć poziom cukru, a moje komórki zamiast się posłuchać „olewają to”. No i jest klops. Za wysoki poziom cukru we krwi i jednocześnie wysoki poziom insuliny.

Ja zastosowałam dietę bardzo podobną do tej przy cukrzycy. Dostałam leki od LEKARZA. I pięknym efektem ubocznym jest spadek wagi i zmniejszenie obwodu w talii.

Wniosek: warto się badać. Jakie badanie: glukoza i insulina na czczo. NFZ nie refunduje insuliny na czczo, więc nie ma co prosić lekarza. Koszt badań zależy od laboratorium, u mnie to: glukoza 10 zł, insulina 30 zł.

Z tych danych wylicza się współczynnik HOMA, który jest wskaźnikiem insulinooporności. Najważniejsze: wyniki dyskutujemy z lekarzem, to on ma przed sobą pacjenta i on decyduje o leczeniu. Moje wyniki były na granicy normy, ale jak powiada moja zaufana Lekarka: „leczę pacjenta, nie wyniki”. To ona podjęła decyzję o leczeniu, ja się zgodziłam. Początek był trudny, teraz czuję się dużo lepiej. Wniosek: nie poddawaj się, czasem warto się przebadać

Coś więcej

Śliczny jesienny dzień, jest wyjątkowo ciepło. Pogoda rozpieszcza, kolory jeszcze nie wysycone, ale już rudawe, sucho i słonecznie.

Idziemy na cmentarz. Będziemy odprowadzać bliską nam osobę i towarzyszyć rodzine zmiażdżonej bólem.

Historia jest tak smutna jak tylko być może. Śliczna, młoda dziewczyna pełna życia i radości przyjeżdża do ojca. Na Ukrainie właśnie zakończyła szkołę średnią, chce zobaczyć świat, może studiować w Polsce. Jest wierząca, pełna marzeń i nadziei na przyszłość. Zupełnie nieoczekiwanie ginie w wypadku samochodowym. Nagle, w okamgnieniu poniosła smierć na miejscu. Mimo, że był dzień, mimo, że była na chodniku, mimo dobrej widoczności, towarzystwa dwóch braci. Nic jej nie uratowało.

Czytaj dalej

Płow

Kiedy po raz pierwszy pojechałam na Ukrainę byłam zaskoczona bardzo wieloma rzeczami, a jedną z nich było międzynarodowe bogactwo kulinarne. To było ponad dwadzieścia lat temu i nasz kraj wyglądał ciut inaczej. Kończyły się złote lata dorabiania się, a nasza wiedza o kuchniach świata nie była zbyt obszerna. I dlatego zdziwiłam się, że przeciętna ukraińska gospodyni zna dużo więcej przepisów zupełnie nie ukraińskich ode mnie. Spośród najlepiej zapamiętanych to: czurczhela, lawasz, płow, baklwa, czebureki, marchewka po koreańsku.

Ostatnio odważyłam zrobić płow – to danie kuchni uzbeckiej, które w zasadzie każdy wychowanek ZSRR zna. Mój przepis jest inspirowany kuchnią Żydów bucharskich, którzy też płow przyrządzali i znalezionymi przepisami na płow uzbecki.

Składniki:

  • 1 kg baraniny
  • 3 duże cebule
  • 8 dużych marchewek
  • czosnek (wg uznania 4-3 ząbki)
  • cynamon, sól, pieprz
  • papryka wędzona – opcjonalnie
  • 1,5 szklanki ryżu basmati
  • szklanka bulionu

Przygotowanie:

  1. Dwie cebule pokroić i wrzucić do garnka z grubym dnem, zacząć podsmażać.
  2. Baraninę pokroić na niewielkie kawałeczki, dodać do cebuli i dusić. Powinna puścić własny sok i długo się w nim powolutku gotować, aż będzie niemal miękka.
  3. Marchewkę obrać, zetrzeć na tarce. Jedną trzecią dodać do mięsa wraz z posiekanym czosnkiem i dusić jeszcze z pół godziny.
  4. Ryż przepłukać, zalać wodą z solą i doprowadzić do wrzenia, wtedy wyłączyć. Po pięciu minutach odlać (będzie niedogotowany)
  5. Doprawić mięso solą, pieprzem, cynamonem i ewentualnie wędzoną papryką, dodać resztę marchwi.
  6. Dolać bulionu mięsnego, wrzucić resztę marchwi i cebuli, na wierzch włożyć niedogotowany ryż i przykryć.
  7. Dusić tak długo na małym ogniu, aż ryż zmięknie – wymieszać i podawać.

Uwagi:

  • Warto użyć ryżu basmati, bo jest smaczny i na pewno „dojdzie” na wierzchu potrawy.
  • Wędzona papryka to mój wymysł, nie było jej w żadnym przepisie, który znalazłam. Zdecydowałam się na dodanie jej ponieważ oryginalnie to danie jest gotowane w kociołku nad ogniskiem, moim zdaniem wędzona papryka dodaje tego dymnego aromatu.